niedziela, 12 września 2010

To był bardzo długi dzień...

Wsiadamy do busa „de lux” o 17:00. Strasznie brudny, ale ma miejsca sypialne, a i zwykłe fotele są duże, wygodne i rozkładane. Dość komfortowo. Podróż trwa 5 godzin, pokonujemy 230km. Oczywiście bilet musieliśmy kupić u pośrednika, bo nikt nam nie chciał powiedzieć skąd odjeżdżają autokary. Każdy chce zarobić kilkadziesiąt rupii prowizji. Najwięcej życzą sobie hotelarze. Rozsądne ceny mają w punktach wymiany walut, które jednocześnie pośredniczą przy zakupie wycieczek, biletów samolotowych, biletów kolejowych. Czasem warto popytać najpierw w kilku miejscach, bo nawet w dwóch kantorach, leżących obok siebie, ceny zarówno walut, jak i wszelkich innych dóbr i usług mogą się znacząco różnić. Po tym ciężkim dniu okazuje się, że najgorsze dopiero przed nami. Wysiadamy o 22:00 w Jaipurze. Różowe Miasto wita nas masą naganiaczy. Jeden z nich, podszywając się pod naszego kierowcę, któremu wcześniej zbyt dokładnie się nie przyglądaliśmy, każe nam wysiąść, tłumacząc, że dojechaliśmy na miejsce. Okazuje się, że to wyjątkowo cwany i napastliwy rikszarz, w dodatku wielki i zwalisty. I agresywny. Zupełnie nie jak hindus. Koniecznie chce, żebyśmy z nim pojechali, nie pozwala nam przejść, robi się naprawdę nieprzyjemnie. Niewiele myśląc ładujemy się na siedzenie pierwszej z brzegu rikszy rowerowej. My i bagaże. I maleńki, żylasty człowieczek, pedałujący z nami ostatkiem sił. Czuję się okropnie. W dodatku za kurs na dworzec chce tylko 20 rupii. Na dworcu powinna działać całodobowa informacja turystyczna. Ten agresywny rikszarz mówił, że jest zamknięta, ale oczywiście mu nie wierzymy. Jeszcze kilka słów o rikszarzach. Zniszczone stroje, chude, żylaste ciała, szal na twarzy, izolujący od wszechobecnego smogu. Często analfabeci, porozumiewają się tylko w lokalnym języku. Niejednokrotnie riksza jest dla nich jednocześnie narzędziem pracy i domem. Docieramy na dworzec. Okazuje się, że informacja była czynna tylko do 22:00. Tak to już jest w Indiach, jak zostałeś tyle razy oszukany i naciągnięty, to gdy ten jeden jedyny raz ktoś mówi prawdę, ty mu nie wierzysz…  Opuszczamy budynek dworca i rozpoczynamy niezbyt przyjemna wędrówkę po mieście w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na nocleg. W końcu decydujemy się zostać w najtańszym z pokoi, które nam pokazywano. 400 rupii za najbardziej odrażające lokum w jakim przyszło nam spać w Indiach. Kolejny raz przekonujemy się, że szukanie noclegu w środku nocy jest złym pomysłem, hotelarze licząc na to, że jesteśmy śpiący i zmęczeni, nie mają litości jeśli chodzi o ceny. Strasznie tu brudno. Na podłodze w łazience całe pęki włosów, standardowo brak ciepłej wody, spłuczka w toalecie napełniająca się kilka godzin, koszmarnie brudne ściany i prześcieradła. Proszę o czystą pościel, dostaję taką odrobinę czystszą, pewnie ściągniętą właśnie z łóżka w pokoju obok.
Gdyby nasz pokój miał okno to taki byłby z niego widok.
Bardzo głodni i bardzo zmęczeni pochłaniamy ostatnie zapasy w postaci zupek chińskich.To był bardzo długi dzień. Najpierw wczesna pobudka i Taj Mahal, potem niezbyt przyjemna wyprawa do Fatehpur Sikri, podróż autokarem i bezowocne szukanie noclegu. Mówiąc szczerze dziś mamy dość Indii. Kryzys.

Szafa w naszym uroczym pokoju

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz