Agra robi na nas bardzo złe wrażenie. Strasznie brudno, strasznie głośno, nawet jak na Indie. W knajpce zamawiamy bezpieczne dania, nie mamy siły na kulinarne eksperymenty, ryż z serem i ryż z jajkiem (100 INR), jesteśmy tak wykończeni dzisiejszym dniem, że zapominamy poprosić żeby było „no spicy”. Chilli wypala nam oczy i gardła, następnego dnia okaże się, że zeszła mi skóra z podniebienia. Dodatkowo Tomek zaczyna chorować, zaziębił się od tych ciągłych zmian temperatury, wentylatorów pracujących całą noc. W drodze powrotnej do hotelu kupujemy coś na odzyskanie animuszu, dla mnie batoniki Cadbury po 10 INR za sztukę, dla Tomka Thumb’a, czyli mocniejszą wersję Coca Coli (65 INR za 2 litry) i wielką paczkę orzechów nerkowca (165 INR), która da nam energie na kilka kolejnych dni. Sprzedawca, z którym próbujemy się targować, pokazuje nam, że prawie każda rzecz sprzedawana w sklepikach ma nadrukowaną cenę, sugerowaną przez Rząd, wygląda to trochę jak u nas data ważności, nieduże czarne napisy, czasem trzeba trochę poszukać, ale jak już znajdziemy, to możemy być pewni, że kupimy towar właśnie po tej, uczciwej cenie. Chociaż i tu hindusi starają się kombinować i naciągać, doliczając sobie np. 5 rupii do ceny napoju dlatego, że był trzymany w lodówce…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz