niedziela, 5 września 2010

Saniya Palace

Nasz "Pałac"

Bardzo zmęczeni z bólem głowy, wysiadamy w Agrze. Oczywiście atakuje nas cała zgraja naganiaczy. Radzimy sobie z nimi wprawdzie coraz lepiej, ale dziś wyraźnie nie jesteśmy w formie. Kierujemy się do Tourist Office (tego typu punkty działają na większości dworców w turystycznych miastach, ich przydatność jest bardzo różna…). Chcemy dowiedzieć się o nazwy i ceny jakichś sprawdzonych hoteli, pytamy także ile powinniśmy zapłacić za taxi do Taj Mahal. Wiemy, że szanse na cenę taką, jak dla miejscowych, są znikome, ale chcemy chociaż znać rząd wielkości. 50 INR. Wychodzimy z dworca, idziemy do stanowiska pre-paid taxi. Cena 150 INR. Oczywiście rezygnujemy. We wszystkich przewodnikach doradzają korzystanie z taksówek opłacanych z góry. My nie braliśmy ich prawie nigdy i nie spotkaliśmy się z próbami oszukania nas, zawiezienia w inne miejsce niż chcieliśmy itp. Cena „normalnej” taksówki jest tym razem dwukrotnie niższa. Nasz kierowca usilnie stara się nas przekonać do hotelu Saniya. My jednak robimy własny rekonesans. Najpierw polecany na forach hotel Kamel (1500 INR!!!), później się rozdzielamy. Ja idę do Shanti Lodge, Tomek do Saniy. Oglądam wielki, całkiem ładny pokój z dużą łazienką, cena 300 INR. Tomka pokój kosztuje 400 INR, ma może z 6 m², mikroskopijną łazienkę z prysznicem nad ubikacją w dodatku położoną ponad poziomem pokoju, więc gdy bierzemy prysznic woda trochę leje się na podłogę. Okna brak, tzn jest takie prowizoryczne, wychodzące na hotelowy hol. Pościel brudna, tym razem proszę o wymianę, dostaję taką odrobinę czystszą. Decydujemy się na ten hotel, bo Tomek zakochał się w widoku (na Taj Mahal) z
Widok wart każdej niewygody
położonej na dachu restauracji. Warto dodać, że tzw Roof Top Restaurant dominują w Indiach. Położone na dachach oferują trochę czystsze powietrze, nieco mniejszy hałas i przede wszystkim nie zajmują cennego miejsca w budynku. W naszej restauracji podają rewelacyjną kawę mrożoną za 50 INR i świeży sok z ananasa za 40 INR). Po dopełnieniu wszystkich formalności związanych z zameldowaniem (wypełnianie wielgachnych ksiąg meldunkowych, rachunków i innych formularzy to standard przy kwaterowaniu się w indyjskich hotelach), ruszamy na miasto by na własnej skórze doświadczyć jeszcze jednego przejawu biurokracji związanego z kupowaniem karty sim do telefonu komórkowego. Otóż żeby doładować telefon należy skrupulatnie wypełnić kilka stron formularza i dołączyć dwa zdjęcia legitymacyjne. Procedura ta jest restrykcyjnie przestrzegana i została wprowadzona w celu ochrony przed atakami terrorystycznymi. Dostajemy wreszcie kartę Vodafone, potentata na tutejszym rynku (130 INR + 70 INR za doładowanie, ale można znaleźć taniej). Kupując kartę trzeba dokładnie dopytać na jakim terenie działa, oferowano nam tańsze opcje, ale uprzedzono, że telefon będzie działał tylko w regionie Agry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz