Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noclegi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noclegi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 października 2010

Jaisalmer

15.11

Jednolita zabudowa Jaisalmeru ładnie współgra z otoczeniem
Rankiem wysiadamy na dworcu w pustynnym Jaisalmer. Natychmiast podchodzi do nas jakiś człowiek, który mówi, że wie, że jego brat z nami rozmawiał, że wszystko jest już ustalone, że czeka na nas ładny pokój za 150 rupii, że tak, oczywiście, jak nam się nie spodoba, możemy sobie iść, nikt od nas nie będzie chciał pieniędzy za transport itd. No problem. 3 razy upewniamy się co do warunków umowy i wsiadamy do jeepa, a razem z nami kilkuosobowa rodzina hindusów. Mamy ewidentnie pecha, bo mężczyzna natychmiast wyciąga papierosa i go odpala. Tak niewielu hindusów pali, a nam się trafił akurat taki, który nie może bez fajek wytrzymać kilku minut drogi… Niezbyt pewni siebie, ale jednak prosimy, żeby zgasił papierosa, co ten robi bez mrugnięcia okiem. Uff… Hotelik z zewnątrz wygląda całkiem, całkiem. Zostaję na dworze z plecakami, nie lubię bowiem oglądać pokoi, brać udziału w targowaniu, nie nadaję się zupełnie do tego, nie umiem odmawiać, jedna sprytna, chwytająca za serce historyjka i będę spać na podłodze. Bez Małża nie przeżyłabym w Indiach tygodnia. Widzę jaki ładny pokój dostali nasi towarzysze podróży z jeepa. My otrzymujemy klitkę, jak zwykle bez okna… Brud, syf, makabryczna łazienka, w której woda wypływa spod kibelka i spod umywalki. Standard. Chcemy sobie iść, ale obiecują, że o 10 zmienią nam pokój na ładniejszy. Kładziemy się na te kilka godzin i faktycznie o 10 przenoszą nas do tego pokoju, który jeszcze przed chwilą zajmowała hinduska familia, oczywiście bez zmieniania pościeli, ale to już tak na marginesie. O co tu chodzi? Spali kilka godzin i pojechali dalej, czy może też dostali lepszy pokój? Zanim wyjdziemy na zwiedzanie miasta, dowiadujemy się o możliwość wykupienia Camel safari. Wyprawa wielbłądem na pustynię jest tym co ściąga turystów do Jaisalmer. Dlatego hotele są tak tanie, bo niejako w pakiecie z pokojem należy wykupić wycieczkę. Można wprawdzie kupić ją od kogoś innego, ale po co, skoro ceny zależą tylko od naszych możliwości negocjacyjnych? No chyba, że znamy kogoś, kto z czystym sumieniem może nam polecić safari kupione w konkretnym miejscu. Poza tym im szybciej kupimy wycieczkę od naszego hotelarza, tym szybciej da nam święty spokój inaczej przy każdej okazji, kiedy tylko nas zobaczy, będzie wałkował ten temat. Hindusi są mistrzami akwizycji, zagraniczne korporacje powinny ich importować hurtem. Yes, sir?
No!
You mean maybe, yes? Maybe later, yes? Yes, my friend?
"Obraz" w naszym pokoju, daje nadzieję na lepsze jutro:P

piątek, 15 października 2010

Indie 235 : Polska 2

13.11
 
Widok z naszej restauracyjki, umieszczonej tradycyjnie na dachu. W tle fort.
Jodhpur. Nasz okropny, śmierdzący i brudny bus de lux zatrzymuje się w pobliżu stacji kolejowej. Od razu wpadamy w sidła rikszarzy. Nie mamy ochoty na długie targi, bierzemy pierwszego lepszego, chociaż jest tłusty, a doświadczenie nasze mówi nam, że gruby hindus to zły hindus. Prosimy, żeby zawiózł nas (50 rupii) do upatrzonego wcześniej w Internecie hotelu. Mają tylko jeden wolny pokój, przeciętny, za 450 rupii. Do pozostania nie zachęca też napis na ścianie głoszący, że zarówno żona, jak i matka gospodarza domu chorują "na płuca", więc uprasza się turystów przybywających z krajów objętych świńską grypą o podanie tej informacji podczas meldowania się. Dla nas taki napis brzmi jak ostrzeżenie "w tym domu szaleje gruźlica", co biorąc pod uwagę rozmiary zachorowalności w Indiach na suchoty, a także standardy higieniczne panujące w tym kraju, wcale nie byłoby aż tak dziwne. Prosimy naszego kierowcę, żeby zawiózł nas do kolejnego hotelu z naszej listy. Ale on uparcie powtarza, że musimy wpierw obejrzeć ten, który on nam poleca. No dobra, niech będzie i tak, jedziemy. Pokój z ciepłą wodą. Woda, owszem będzie, ale od 10. Jest piąta rano. Marzę o prysznicu. Proponują nam nocleg w norze za 400 rupii. Bez okien. Brud. Syf, kiła i mogiła. Płakać mi się chce. Pokazują nam więc najlepszy pokój w hotelu, tuż pod roof top restaurant. Ładny, świeżo odremontowany. 750 rupii, tak dużo jeszcze nie płaciliśmy, ale niech będzie. Zmęczenie osłabia w nas wolę walki. Duże łoże z prawie czystą pościelą i rzeźbionym w drewnie turkusowym wielkim wezgłowiem. 
Pokój w Blue House
Super. Widok na fort i położone w dole miasto. Bierzemy. Oczywiście spełniły się nasze przeczucia co do rikszarza. Życzy sobie 150 rupii. To bardzo dużo jak na transport po mieście w Indiach. Tym bardziej, ze dostanie też prowizję od naszego hotelarza za nagonienie klientów. Nasz błąd, bo nie zapytaliśmy wcześniej ile nas podliczy za dojazd do tego polecanego przez siebie hotelu. Chwila nieuwagi i znów wściekamy się na siebie. Wynik Indie- Polska 235:2. Płacimy, myjemy się i zasypiamy. 

wtorek, 5 października 2010

Żołądkowy cyklon w Udajpurze


Panorama Guest House
Wracam do autokaru. Ludzie którzy z różnych względów nie wykupili kuszetek, śpią teraz rozciągnięci na podłodze, między pudłami, walizkami i innymi pakunkami. Nie ma gdzie postawić stopy nawet. Przechodząc nad nimi po drabinkach dostaję się jakoś do naszego boksu. Koło 5 rano zaczyna mnie boleć brzuch. Nie jest dobrze. Nie wiem czy to lassi, mrożona kawa, czy jakieś zarazki, których się nawdychałam w toalecie, ale czuję, że ta ostatnia będzie mi za chwile bardzo potrzebna. Wysiadamy wreszcie w Udajpurze. Bierzemy szybko rikszę (70 rupii) do Panorama Guest House, miejsca które znalazłam wcześniej w Internecie. Modlę się o wolny pokój. Jest jeden, najdroższy, ale naprawdę  śliczny za 700 rupii. I jest papier toaletowy! Bierzemy. Oprócz papieru inne udogodnienia, mydełko, ciepła woda, ręczniki, czysta pościel, kolorowe lampiony, TV, klimatyzacja. Ale jakoś nie jestem w stanie się tym wszystkim cieszyć. Biorę węgiel w ilościach hurtowych, ale niewiele pomaga. Ledwo stoję na nogach. Wszystko mnie boli. Nogi, głowa, nerki, gardło, plecy, nawet skóra na całym ciele. Wreszcie zmęczona zasypiam. Budzimy się koło 10 i wychodzimy do miasta. Pogoda nietypowa jak na tę porę roku. Ponoć na wybrzeżu szaleje cyklon, który swym zasięgiem dotarł i tutaj, pokrywając całe niebo grubą warstwą chmur.  Temperatura spada do 15 stopni, z nieba kropi leciutka mżawka. Ludzie na ulicach zaczepiają nas pytając z uśmiechem jak nam się podoba ta pogoda, są podekscytowani, mówią, że liczą na to, że po raz pierwszy w życiu zobaczą jak pada śnieg. Na nic się zdają nasze tłumaczenia, że jest o wiele za ciepło, zresztą nie chcemy gasić ich entuzjazmu. Poubierali się w zabawne nauszniki i czapki, otulili pledami i kocami, skupiają się w grupki, dyskutują o pogodzie, trzęsą się z zimna, wyglądają jak małe zmarznięte kurczaki.
Władze miasta ostrzegają turystów

niedziela, 5 września 2010

Saniya Palace

Nasz "Pałac"

Bardzo zmęczeni z bólem głowy, wysiadamy w Agrze. Oczywiście atakuje nas cała zgraja naganiaczy. Radzimy sobie z nimi wprawdzie coraz lepiej, ale dziś wyraźnie nie jesteśmy w formie. Kierujemy się do Tourist Office (tego typu punkty działają na większości dworców w turystycznych miastach, ich przydatność jest bardzo różna…). Chcemy dowiedzieć się o nazwy i ceny jakichś sprawdzonych hoteli, pytamy także ile powinniśmy zapłacić za taxi do Taj Mahal. Wiemy, że szanse na cenę taką, jak dla miejscowych, są znikome, ale chcemy chociaż znać rząd wielkości. 50 INR. Wychodzimy z dworca, idziemy do stanowiska pre-paid taxi. Cena 150 INR. Oczywiście rezygnujemy. We wszystkich przewodnikach doradzają korzystanie z taksówek opłacanych z góry. My nie braliśmy ich prawie nigdy i nie spotkaliśmy się z próbami oszukania nas, zawiezienia w inne miejsce niż chcieliśmy itp. Cena „normalnej” taksówki jest tym razem dwukrotnie niższa. Nasz kierowca usilnie stara się nas przekonać do hotelu Saniya. My jednak robimy własny rekonesans. Najpierw polecany na forach hotel Kamel (1500 INR!!!), później się rozdzielamy. Ja idę do Shanti Lodge, Tomek do Saniy. Oglądam wielki, całkiem ładny pokój z dużą łazienką, cena 300 INR. Tomka pokój kosztuje 400 INR, ma może z 6 m², mikroskopijną łazienkę z prysznicem nad ubikacją w dodatku położoną ponad poziomem pokoju, więc gdy bierzemy prysznic woda trochę leje się na podłogę. Okna brak, tzn jest takie prowizoryczne, wychodzące na hotelowy hol. Pościel brudna, tym razem proszę o wymianę, dostaję taką odrobinę czystszą. Decydujemy się na ten hotel, bo Tomek zakochał się w widoku (na Taj Mahal) z
Widok wart każdej niewygody
położonej na dachu restauracji. Warto dodać, że tzw Roof Top Restaurant dominują w Indiach. Położone na dachach oferują trochę czystsze powietrze, nieco mniejszy hałas i przede wszystkim nie zajmują cennego miejsca w budynku. W naszej restauracji podają rewelacyjną kawę mrożoną za 50 INR i świeży sok z ananasa za 40 INR). Po dopełnieniu wszystkich formalności związanych z zameldowaniem (wypełnianie wielgachnych ksiąg meldunkowych, rachunków i innych formularzy to standard przy kwaterowaniu się w indyjskich hotelach), ruszamy na miasto by na własnej skórze doświadczyć jeszcze jednego przejawu biurokracji związanego z kupowaniem karty sim do telefonu komórkowego. Otóż żeby doładować telefon należy skrupulatnie wypełnić kilka stron formularza i dołączyć dwa zdjęcia legitymacyjne. Procedura ta jest restrykcyjnie przestrzegana i została wprowadzona w celu ochrony przed atakami terrorystycznymi. Dostajemy wreszcie kartę Vodafone, potentata na tutejszym rynku (130 INR + 70 INR za doładowanie, ale można znaleźć taniej). Kupując kartę trzeba dokładnie dopytać na jakim terenie działa, oferowano nam tańsze opcje, ale uprzedzono, że telefon będzie działał tylko w regionie Agry.

czwartek, 2 września 2010

Orcha

5.11.2009
O 4:30 wyruszamy taksówką z Khajuraho do Orchy. Tak wcześnie ponieważ nasz kierowca ma do odebrania gości właśnie w Orchy i tak robiłby pusty przelot. A tym sposobem my łapiemy się na tani przejazd (15$), a on ma kilka dolców dla siebie. Dzięki temu unikamy męczącej drogi w tłoku i upale i jesteśmy na miejscu już o 7:30 (170km) oszczędzając cały dzień podróży. Droga fatalna, ale przynajmniej ruch właściwie zerowy i jest przyjemnie chłodno, wschodzi słońce. Na miejscu bierzemy pierwszy lepszy pokój, bo chcemy jak najszybciej zacząć zwiedzać. Dajemy napiwek taksówkarzowi i idziemy rozlokować się w ciemnozielonym pokoju, który stanie się tłem naszego ulubionego zdjęcia z wyprawy.
Ściana zawilgotniała do wysokości kolan, łóżka twarde jak kamień, woda z umywalki wylewa się rurą wprost na podłogę, drzwi   z grubszej dykty i brudna pościel. Chociaż bojler w łazience daje nadzieję na ciepłaą wodę… Na ścianie wielki ni to obraz, ni to płaskorzeźba. Fajnie. Płacimy 400 rp. bez targowania. Trochę za drogo, ale presja otaczającej nas grupy ludzi robi swoje. Zrzucamy bagaże i ruszamy. O samej Orchy jest niewiele napisane w przewodnikach. A jest to zdecydowanie jedno z najfajniejszych, jeśli nie najfajniejsze miejsce, które odwiedziliśmy w Indiach. Nazywana jest Miastem Pałaców. O 8:00 rano jest jeszcze chłodno. Krowy wylegują się na ulicy, przeraźliwie chude psy są nami wyraźnie zainteresowane. Bez wielkiego entuzjazmu, ale jednak machają ogonami, snują się za nami całym stadem, a podczas gdy jemy śniadanie, obsiadają nas półkolem i przyglądają nam się prosząco. Jest to o tyle nietypowe, że w innych miastach czworonogi całkowicie nas ignorowały. Dla mnie naan z serem i smażony ryż z jajkiem, dla Tomka kawa i byriani, wyjątkowo pikantne (120 rp.). Starym kamiennym mostem przekraczamy rzekę dzielącą nas od okazałego pałacu. Turystów o tej porze jeszcze brak. Zaczepia nas kilku przewodników, którym grzecznie odmawiamy. Przytrafia nam się także coś niebywałego w Indiach. Dziś wstęp wolny i nikt nie chce od nas pieniędzy za bilet. Po przejściu pierwszej bramy przez dłuższą chwilę jak zahipnotyzowani delektujemy się panującą tu ciszą przerywana jedynie przez skrzek papug i biegające po zabudowaniach stada małp. Z letargu wyrywa nas jedna z nich, szarżująca na nas wielkimi susami, całkiem spora i nie wyglądająca zbyt pokojowo.

Pierwszy raz w Indiach naprawdę się boję. Zupełnie niepotrzebnie, małpa w szalonym pędzie mija nas w odległości może metra, donośnie szczekająca najwyraźniej nie zwracając na nas uwagi. To zdarzenie przypomina mi, że wielkim błędem było nie zaszczepienie się przeciw wściekliźnie. Trudno. Nauczka na przyszłość. Kiedy ręce przestają nam już drżeć, ruszanemu w malowniczy plener starych pałaców. Spędzamy cały dzień podziwiając tutejszą architekturę. Gdzieś między jednym zabytkiem, a drugim, po raz pierwszy daje się namówić na oglądanie lokalnego rękodzieła. Zainteresowały mnie drewniane, ręcznie strugane
stempelki do zdobienia ciała henną. Pytam jednego z handlarzy o ich cenę i nawet nie wiem jak i kiedy, już mam całą rękę aż po łokieć ozdobioną kwiecistymi wzorkami, a przede mną piętrzy się stos różności gorąco zachwalanych przez sprzedawcę. Wszystko oczywiście jest good price i special for me. Kupuję 3 stempelki (100 rp.) i chcę odejść, ale to nie takie proste. Sympatyczny sprzedawca najwyraźniej nie może zrozumieć, że można tak bez biżuterii, bez bransoletek. Jak to tak? W Indiach, gdzie nawet najbiedniejsze kobiety mają kostki i nadgarstki obwieszone błyskotkami? Nie wiem co powoduje tym człowiekiem, ale wiąże mi na przegubie cieniutką czerwoną bransoletkę z malutkimi dzwoneczkami. Zupełnie za darmo!
Henna
Sporym utrudnieniem w zakupach okazuje się powszechna tu nieznajomość angielskiego. Kiedy podchodzimy do straganu i widzimy coś co nam się podoba, nie ma problemu, ale kiedy szukamy czegoś konkretnego, ciężko się dogadać. O ile w Orchy sprzedający i przewodnicy nie są zbyt uciążliwi o tyle dzieci naganiające nas do zrobienia zakupów w rodzinnym sklepiku lub namawiające nas do tego, żebyśmy wzięli ich na przewodników (co przy szczątkowym angielskim mogłoby być całkiem ciekaweJ) dość poważnie  utrudniają nam zwiedzanie. Naprawdę zdają się nie słyszeć słowa „no”, a każde „maybe” brzmi dla nich jak „yes”. Uciekając przed kilkorgiem wyjątkowo nachalnych maluchów i małpami łapiącymi nas za nogi, zostajemy zaczepieni przez grupę kilkunastu mężczyzn. Wszyscy, poza jednym, ubranym w turystyczne ubrania znanych europejskich firm, mają na sobie tradycyjne stroje. Właśnie ten jeden wyróżniający się z grupy mężczyzna zaczepia nas i zaczyna zadawać bardzo szczegółowe pytania: skąd jesteśmy, skąd i dokąd jedziemy, gdzie jest Polska, czy jest duża, od kiedy jesteśmy małżeństwem, jakie mamy zawody… Nawet jak na Indie jego zainteresowanie naszymi osobami jest co najmniej dziwne. Pytam się go czy jest tutaj przewodnikiem i czemu przeprowadza z nami taki szczegółowy wywiad. Dociekliwy jegomość okazuje się być… senatorem.

sobota, 28 sierpnia 2010

Varanasi

Nocleg w luksusowej klasie Second AC na trasie Delhi-Varanasi
02.11.2009
Nasza wSPAniała hotelowa łazienka:)
Stacja kolejowa w Varanasi. Makabryczny widok. Ludzie leżący pokotem pokrywają prawie całą wolną przestrzeń. Jest 2:40 w nocy, mimo tego, gdy tylko wyszliśmy przed budynek dworca, momentalnie opadła nas cała chmara kierowców motoriksz. Mamy upatrzony hotel (Sonmony), który ponoć oferuje pokoje z widokiem na pogrzebowe ghaty (sic!). Koszt dojazdu 75rp. Śpiący na podłodze recepcjonista najwyraźniej nie jest zbyt skłonny do negocjacji ceny. 1000rp (60zł) za średnio czysty pokój z balkonem i widokiem na ghaty. Targujemy się, ale on pozostaje nieugięty. Nie pomagają tłumaczenia, że jest środek nocy, i tak naprawdę jest to cena za kilka godzin snu, a nie za cały dzień, że i tak już nikt inny się tej nocy nie zjawi. Trudno. Wychodzimy zrezygnowani. Nasz rikszarz jeszcze nie odjechał. Zdaje się, że był przygotowany na taki rozwój sytuacji. Ciężko się z nim dogadać, bo prawie nie czyta, nie mówi po angielsku, ale dobrze patrzy mu z oczu, więc prosimy, żeby zawiózł nas do innego hotelu. Lawirując między śpiącymi przy ulicy ludźmi, krowami i innymi zwierzętami, rikszami, rowerami i ciężarówkami, obwozi nas po innych hotelach, które mają być „not expensive, but clean with hot water”. Trafiamy w miejsca lepsze, gorsze i zupełnie fatalne. Wszędzie pełno. Okazuje się, że właściwie przez przypadek trafiliśmy na Diwali (Święto Lamp). Z moich obliczeń wynikało, że powinno się skończyć 2 dni temu, a tu taka niespodzianka. I problem. Gdzie będziemy spać. Wracamy do jedynego hotelu, w którym mieli wolny pokój, strasznie obskurny, 15$ za dwie noce. Może być. Rikszarzowi dajemy 3$ (135rp) za 2 godziny jeżdżenia po mieście. Pokój jest brudny, wilgotny, wewnątrz duchota i ukrop straszny. Na szczęście jest wiatrak. Po 40 godzinach podróży jest nam już wszystko jedno. Chcemy tylko przyłożyć głowę do poduszki (bardzo brudnej, jak dobrze, że mamy swoje poszewki). W pokojach zamontowane czerwone żarówki, nie wiemy czemu. Może czerwone światło nie przyciąga owadów? Za pokój z klimatyzacją musielibyśmy dopłacić 200rp ekstra, ale wiatrak w zupełności wystarcza. Mimo całego tego syfu śpimy jak zabici. Sztuka ta początkowo jest możliwa w Indiach jedynie jeśli posiada się kamienny sen lub zatyczki do uszu, po kilku dniach człowiek się przyzwyczaja. W większych miastach względnie cicho jest tylko między 2, a 5 rano. Indie zasypiają na krótko.