13.11
Jodhpur. Nasz okropny, śmierdzący i brudny bus de lux zatrzymuje się w pobliżu stacji kolejowej. Od razu wpadamy w sidła rikszarzy. Nie mamy ochoty na długie targi, bierzemy pierwszego lepszego, chociaż jest tłusty, a doświadczenie nasze mówi nam, że gruby hindus to zły hindus. Prosimy, żeby zawiózł nas (50 rupii) do upatrzonego wcześniej w Internecie hotelu. Mają tylko jeden wolny pokój, przeciętny, za 450 rupii. Do pozostania nie zachęca też napis na ścianie głoszący, że zarówno żona, jak i matka gospodarza domu chorują "na płuca", więc uprasza się turystów przybywających z krajów objętych świńską grypą o podanie tej informacji podczas meldowania się. Dla nas taki napis brzmi jak ostrzeżenie "w tym domu szaleje gruźlica", co biorąc pod uwagę rozmiary zachorowalności w Indiach na suchoty, a także standardy higieniczne panujące w tym kraju, wcale nie byłoby aż tak dziwne. Prosimy naszego kierowcę, żeby zawiózł nas do kolejnego hotelu z naszej listy. Ale on uparcie powtarza, że musimy wpierw obejrzeć ten, który on nam poleca. No dobra, niech będzie i tak, jedziemy. Pokój z ciepłą wodą. Woda, owszem będzie, ale od 10. Jest piąta rano. Marzę o prysznicu. Proponują nam nocleg w norze za 400 rupii. Bez okien. Brud. Syf, kiła i mogiła. Płakać mi się chce. Pokazują nam więc najlepszy pokój w hotelu, tuż pod roof top restaurant. Ładny, świeżo odremontowany. 750 rupii, tak dużo jeszcze nie płaciliśmy, ale niech będzie. Zmęczenie osłabia w nas wolę walki. Duże łoże z prawie czystą pościelą i rzeźbionym w drewnie turkusowym wielkim wezgłowiem.
![]() |
| Widok z naszej restauracyjki, umieszczonej tradycyjnie na dachu. W tle fort. |
![]() |
| Pokój w Blue House |


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz