czwartek, 21 października 2010

Polaków rozmowy

14.11
Hotelowe patio
 Jodhpur, Błękitne Miasto. Budzimy się wcześnie rano. Tak długo jak tylko można zwlekamy z opuszczeniem pokoju, czyli do 9…W hotelowej restauracji zamawiamy naleśniki na słodko i idziemy zwiedzać fort.  Sobotni poranek w Jodhpur pozytywnie nas zaskakuje. Ulice całkiem spokojne, niewielu ludzi, jak na indyjskie standardy oczywiście, nieco ciszej… Bilet wstępu do fortu jest dość kosztowny, 300 rupii, w cenie możliwość fotografowania i audioguide. Fort wywiera na nas duże wrażenie, bardzo dobrze zachowany, udostępnia wiele ciekawych eksponatów  w ramach kilku wystaw. Audioguide też przygotowany na wysokim poziomie, niestety sprzęt nawala, bateria pada w połowie trasy, nie tylko mnie zresztą, na te niedogodność skarży się wielu turystów. Nie chce mi się wracać po nowy odtwarzacz, postanawiam skoncentrować się na biernej obserwacji tego co wokół mnie. Spotykamy parę Polaków z Poznania. 

Kamienne koronki
Spędzamy z nimi większą część dnia. Tak jak i oni musimy do wieczora czekać na transport, a już się wymeldowaliśmy z hotelu i nie mamy się gdzie podziać. Opowiadamy o swoich wrażeniach, o tym co nas wkurza, a co bawi. Chyba niechcący psujemy im humor, bo w miarę jak słuchają naszej opowieści miny mają coraz bardziej niewyraźne. Głównie rozchodzi się o kasę. Opowiadamy zabawne anegdotki o tym gdzie, jak i na ile nas oskubano, o niewiarygodnej kreatywności hindusów w tej materii, ale okazuje sie, że ich to dopiero naciągano... Byli dla miejscowych żyłą złota. No ale cóż, jak sami mówią, wyprawa życia, więc nie zamierzają oszczędzać. My mamy nadzieję, że to nie jest najwazniejsza wyprawa w naszym życiu, że jeszcze wiele równie fantastycznych wyjazdów przed nami i z czegos trzeba je będzie sfinansowa. Nasi nowi znajomi chyba jednak inaczej wyobrażają sobie "wyprawy"…tak bardzo zafascynowani Indiami, świetnie przygotowali się merytorycznie, kupili sobie przewodniki i markową, turystyczną odzież, ale prawdziwych Indii jednak postanowili sobie oszczędzić… Wszędzie przemieszczają się taksówką, płacą krocie za hotele, a później wrócą do Polski i będą opowiadać, że nie rozumieją, czemu mówi się, że Indie to biedny kraj, ze to nie prawda, że brud, że syf, że szczury i krowy (ach kocham te krowy i ten syf, autentycznie za nimi tęsknię). Trochę nas irytuje, że pozują na takich znawców tematu i starych wyjadaczy. My wykorzystujemy każdą sposobność, gdy spotykamy na swojej drodze bardziej doświadczonych podróżników, żeby czegoś się od nich nauczyć. Zdajemy sobie sprawę z naszych niedostatków, każdy dzień w Indiach uczy nas więcej o świecie, podróżach i o nas samych, niż wszystkie poprzednie wyjazdy razem wzięte. Postanawiamy w ramach lekcji poglądowej zabrać ich na przechadzkę po starym mieście. Na początku są strasznie rozentuzjazmowani. Wow, ale fajnie, to jest to co lubimy, ale po jakimś czasie mizernieją, zwalniają, nie wiedzą gdzie są, zresztą my też nie wiemy, ale co z tego:) Po dwóch godzinach, kiedy mają już ewidentnie dosyć, idziemy na obiad. Przygotować posiłek dla naszej czwórki, kiedy w knajpie pracuje najczęściej jedna osoba, która gotuje, przyjmuje zamówienia, pobiera pieniądze, czasem mająca do pomocy małoletniego pomagiera, jest nie lada sztuką. Zwykle czekamy na kawę ok. 20 min.  Tu nikt się nie spieszy, tzn. spieszy kiedy trzeba zawalczyć o klienta, ale gdy klient już jest złowiony, rytm życia wraca na normalne, niskie, obroty. Po godzinie na stole pojawia się nasz posiłek. Czas oczekiwania zwykle wykorzystujemy na poczytanie przewodnika, pisanie notatek, tym razem na pogawędkę z rodakam:)
Godziny do odjazdu pociągu minęły nam w miłej atmosferze, tym bardziej, że podbudowaliśmy nasze mocno nadwątlone ego, gdy okazało się, że są frajerzy więksi od nas:) Wpadamy na Internet (30 rupii), zabieramy bagaże i pędzimy na dworzec.
Widok na miasto z murów fortu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz