poniedziałek, 18 października 2010

W Błękitnym Mieście


Indian Hair Style, Tomi nie dał się namówić

Pobudka i ruszamy na poszukiwanie stacji kolejowej. Bardzo nieprzychylne miasto. Niewiarygodny hałas, ścisk, syf.  
Dworcowy "Dar natury" Indian Style

     Na dodatek intensywne opady deszczu z ubiegłych dni spowodowały, że klucząc po mieście, brodzimy po kostki w ohydnym błocie, zmieszanym z odpadkami i odchodami. Ludzie też wydają się być poirytowani, nawet nieco agresywni i niesympatyczni. Mam wrażenie, że mężczyźni celowo potrącają mnie na ulicy, kilkukrotnie jakieś dzieciaki czymś w nas rzucają, a to długopisem, a to kamykiem. Później rozmawiając z innymi turystami okazało się, że nie byłam odosobniona w moich odczuciach. Jedyny plus, asortyment straganów to takie typowe AGD, ewentualnie jakieś niby-europejskie ubrania, więc nikt nas na nic nie naciąga. Na dworcu kupujemy tatkal na trasę Jodhpur- Jaisalmer. Zwiedzanie fortu pozostawiamy na następny dzień. Jest 15:00, a my jeszcze nic nie jedliśmy. Wędrując po mieście nie rzuciła nam się w oczy żadna względnie  normalna knajpka.



Albo cukiernie, albo uliczne garkuchnie, gdzie w głębokich rondlach pieką się w oleju pikantne samosy. Wędrując po tym labiryncie gówna i śmieci kompletnie się gubimy. Gdyby usunąć z tego miasta cały ten zgiełk, śmieci, ludzi, pojazdy- Jodhpur byłby naprawdę piękny… Nad miastem góruje monumentalny, jakby stopiony w jedno ze skałą fort. U jego podnóża przycupnęły domki, po których, w misternie zdobionych okiennicach, rzeźbionych balustradach i drzwiach, znać jeszcze ślady dawnej świetności. Dziś to wszystko zaplątane jest w pajęczynę kabli, przysypane kurzem, spowite smogiem. Większość pomalowana jest na intensywnie błękitny kolor, wspaniale kontrastujący z piaskowym kolorem otoczenia. Chodzimy po mieście i właściwie nie odrywamy aparatu od oka. Każda brama, zaułek, uliczka to nowy kadr, scena wprost jak z pocztówki. Zakochałam się w tym mieście, w tym błękicie, choć trudna to miłość i chyba raczej platoniczna. Mimo że wielu tu turystów, czujemy się jak intruzi, zaczyna nam brakować tych hindusów z biedniejszych regionów Indii, którzy choć oszukiwali nas na każdym kroku, to robili to z tak szczerym i rozbrajającym uśmiechem, że nie sposób się było długo gniewać.


Źli, zmęczeni, zdegustowani, wracamy do hotelu i idziemy na dach do restauracji. Zamawiamy pizzę, niezbyt dobrą, malutką, oblepiającą zęby z pseudoserem na wierzchu za 75rp., zapiekane kluski z serem, okropne i glutowate za 90rp., dobre frytki za 60rp. i dużą herbatę. Wracamy do pokoju, potrzebujemy się psychofizycznie zregenerować przed jutrzejszym dniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz