środa, 13 października 2010

Szarlotka po indyjsku

O 17 jesteśmy spowrotem w Udaipur. Idziemy na obiad. Naan z czosnkiem i serem, cappuccino, czekolada na gorąco, frytki z jajkiem sadzonym i kotlet warzywny z frytkami za 200rupii. Apetyt nam dopisuje. Jemy w interesującej knajpce, zdaje się główną jej funkcją jest masaż rehabilitacyjny i relaksujący. Kelner, bardzo sympatyczny, przynosi nam do podpisania księgę rekomendacji. Znajdujemy kilka wpisów Polaków, większość poleca masaże, tak jakby posiłki były  tutaj jedynie dodatkiem. Później udajemy się do kafejki internetowej. Znalezienie takiej, w której byłoby wolne miejsce, okazuje się być nad wyraz trudne. Pogoda nie sprzyja spacerom, najwidoczniej większość turystów postanowiła przeznaczyć ten dzień na  kontakty z bliskimi. W końcu znajdujemy wolne komputery, upewniamy się, że jest awaryjne zasilanie w postaci akumulatorów pod naszymi stopami, bo przy tak częstych przerwach w dostawach prądu można jednego maila pisać wielokrotnie od początku… Nie przewidzieliśmy jednak, że Internet z powodu załamania pogody może po prostu przestać działać. Tracimy wszystko, co żeśmy napisali… Trudno. Takie Indie. Mam szaloną ochotę na coś słodkiego, na ciacho! Wchodzimy do maleńkiej kawiarni, właściwie to wygląda to trochę tak, jakbyśmy weszli do kogoś do domu, do kuchni. Dwa stoły, pan domu siedzi przy jednym, my przy drugim, na antresoli toczy się normalne rodzinne życie, gra telewizor. Zamawiamy dzbanek herbaty i swiss apple pie. Boże, jaki mam apetyt na szarlotkę! Chyba desery nie są tu zbyt często zamawiana, bo najwyraźniej moja prośba wywołuje w gospodarzu lekką konsternację. Kilka razy upewnia się, że nie chcemy zjeść czegoś konkretnego, w końcu zrezygnowany odchodzi. Po jakimś czasie przybiega do nas młoda kobieta, chyba jego córka, wyciąga z lodówki stojącej za naszymi plecami jakieś wiktuały i także dopytuje, czy aby na pewno nie chcemy zjeść obiadu. Kilka telefonów, szybki spacer do najbliższego sklepu lub może do sąsiadki i po dłuższym oczekiwaniu dostaję swój deser. Na niewielkim talerzyku leży kilka cienkich jak pergamin plasterków jabłka, każdy obtoczony w bardzo cienkim i delikatnym cieście, cukrze i chilli. Niby dobre, ciekawe w smaku, ale nie tego oczekiwałam… Znów przerwa w dostawie prądu. Gospodarz zapala wszędzie świeczki i w takiej "romantycznej" atmosferze pałaszuję mój deser. Zabieramy bagaże z hotelu, z trudem znajdujemy rikszę, która zawozi nas na przystanek autobusowy. Nasz sleeper bus… miał być śliczny jak z obrazka, dosłownie, bo pośrednicy sprzedający bilety na autobus kuszą zdjęciami ekskluzywnych pojazdów z czystymi wnętrzami, przysięgając na wszystkie świętości, że tak właśnie będzie wyglądać nasz autokar. Rzeczywistość jednak daleko odbiega od tego co oglądaliśmy na ulotkach. Chciałoby się powiedzieć, miało być tak pięknie, a jest jak zwykle:) Wsiadamy. Jedziemy. Znów w drodze.
Wnętrze mieszkania/knajpki?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz