Kolejny cel podróży, pustynny Jaisalmer. Stoimy na peronie i nagle podchodzi do nas sympatyczny, młody mężczyzna. Zaczepia nas, niby to przypadkiem, pyta skąd jesteśmy, takie tam standardowe gadki zmierzające do tego, by jakoś naciągnąć turystę. Jeszcze nie wiemy do czego zmierza, ale juz jesteśmy podejrzliwi, już się do siebie porozumiewawczo usmiechamy. Rozsmakowaliśmy się w tych ich gierkach, bez dwóch zdań. Nasz nowy znajomy bardzo entuzjastycznie reaguje na wiadomość, że jesteśmy z Polski, To świetnie, mówi, żona mojego brata jest z Czech, razem prowadzą fantastyczny, no po prostu fantastyczny i tani hotelik w Jaisalmer, taki tani, bo jeszcze nie jest recommended by Lonely Planet. Śpi tam mnóstwo Polaków i Czechów, no i Niemców. Jest super! Wciska nam ulotkę, mówi, że na miejscu będzie czekał jeep, który za darmo zawiezie nas do hotelu, jak nam się nie spodoba, to dookoła jest mnóstwo innych pensjonatów, no problem, just have a quick look. Nic nie obiecujemy, dziękujemy za informacje i tyle. Po jakimś czasie podjeżdża pociąg. Wsiadamy, zajmujemy miejsca i nagle ktoś łapie mnie za ramię, odwracam się, a tam ten sam facet, jeszcze raz chciał nam się przypomnieć, „see sou in Jaisalmer” krzyczy, podczas gdy konduktor wywala go siłą z pociągu. Na pryczy obok lokuje się sympatyczna Żydówka. Przez 8 miesięcy sama podróżuje po Indiach. Poprzednio, również sama, przemierzała Amerykę Południową. Po takiej kilkumiesięcznej podróży wraca na rok do kraju, pracuje, odkłada kasę, potem znów bierze bezpłatny urlop i sobie wędruje po świecie. Trochę rozmawiamy i okazuje się, że ją także zaczepił jakiś facet, który dał jej podejrzanie podobną do naszej ulotkę informując, że żona właściciela pensjonatu pochodzi z Europy, chyba z Belgii, a pensjonat absolutnie rewelacyjny i prawie za darmo, bo jeszcze o nim nie napisali w LP... Takie to kosmopolityczne towarzystwo w tym Jaisalmer, tacy sprytni ci Indusi. Jak ich nie kochać?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz