czwartek, 2 września 2010

Orcha

5.11.2009
O 4:30 wyruszamy taksówką z Khajuraho do Orchy. Tak wcześnie ponieważ nasz kierowca ma do odebrania gości właśnie w Orchy i tak robiłby pusty przelot. A tym sposobem my łapiemy się na tani przejazd (15$), a on ma kilka dolców dla siebie. Dzięki temu unikamy męczącej drogi w tłoku i upale i jesteśmy na miejscu już o 7:30 (170km) oszczędzając cały dzień podróży. Droga fatalna, ale przynajmniej ruch właściwie zerowy i jest przyjemnie chłodno, wschodzi słońce. Na miejscu bierzemy pierwszy lepszy pokój, bo chcemy jak najszybciej zacząć zwiedzać. Dajemy napiwek taksówkarzowi i idziemy rozlokować się w ciemnozielonym pokoju, który stanie się tłem naszego ulubionego zdjęcia z wyprawy.
Ściana zawilgotniała do wysokości kolan, łóżka twarde jak kamień, woda z umywalki wylewa się rurą wprost na podłogę, drzwi   z grubszej dykty i brudna pościel. Chociaż bojler w łazience daje nadzieję na ciepłaą wodę… Na ścianie wielki ni to obraz, ni to płaskorzeźba. Fajnie. Płacimy 400 rp. bez targowania. Trochę za drogo, ale presja otaczającej nas grupy ludzi robi swoje. Zrzucamy bagaże i ruszamy. O samej Orchy jest niewiele napisane w przewodnikach. A jest to zdecydowanie jedno z najfajniejszych, jeśli nie najfajniejsze miejsce, które odwiedziliśmy w Indiach. Nazywana jest Miastem Pałaców. O 8:00 rano jest jeszcze chłodno. Krowy wylegują się na ulicy, przeraźliwie chude psy są nami wyraźnie zainteresowane. Bez wielkiego entuzjazmu, ale jednak machają ogonami, snują się za nami całym stadem, a podczas gdy jemy śniadanie, obsiadają nas półkolem i przyglądają nam się prosząco. Jest to o tyle nietypowe, że w innych miastach czworonogi całkowicie nas ignorowały. Dla mnie naan z serem i smażony ryż z jajkiem, dla Tomka kawa i byriani, wyjątkowo pikantne (120 rp.). Starym kamiennym mostem przekraczamy rzekę dzielącą nas od okazałego pałacu. Turystów o tej porze jeszcze brak. Zaczepia nas kilku przewodników, którym grzecznie odmawiamy. Przytrafia nam się także coś niebywałego w Indiach. Dziś wstęp wolny i nikt nie chce od nas pieniędzy za bilet. Po przejściu pierwszej bramy przez dłuższą chwilę jak zahipnotyzowani delektujemy się panującą tu ciszą przerywana jedynie przez skrzek papug i biegające po zabudowaniach stada małp. Z letargu wyrywa nas jedna z nich, szarżująca na nas wielkimi susami, całkiem spora i nie wyglądająca zbyt pokojowo.

Pierwszy raz w Indiach naprawdę się boję. Zupełnie niepotrzebnie, małpa w szalonym pędzie mija nas w odległości może metra, donośnie szczekająca najwyraźniej nie zwracając na nas uwagi. To zdarzenie przypomina mi, że wielkim błędem było nie zaszczepienie się przeciw wściekliźnie. Trudno. Nauczka na przyszłość. Kiedy ręce przestają nam już drżeć, ruszanemu w malowniczy plener starych pałaców. Spędzamy cały dzień podziwiając tutejszą architekturę. Gdzieś między jednym zabytkiem, a drugim, po raz pierwszy daje się namówić na oglądanie lokalnego rękodzieła. Zainteresowały mnie drewniane, ręcznie strugane
stempelki do zdobienia ciała henną. Pytam jednego z handlarzy o ich cenę i nawet nie wiem jak i kiedy, już mam całą rękę aż po łokieć ozdobioną kwiecistymi wzorkami, a przede mną piętrzy się stos różności gorąco zachwalanych przez sprzedawcę. Wszystko oczywiście jest good price i special for me. Kupuję 3 stempelki (100 rp.) i chcę odejść, ale to nie takie proste. Sympatyczny sprzedawca najwyraźniej nie może zrozumieć, że można tak bez biżuterii, bez bransoletek. Jak to tak? W Indiach, gdzie nawet najbiedniejsze kobiety mają kostki i nadgarstki obwieszone błyskotkami? Nie wiem co powoduje tym człowiekiem, ale wiąże mi na przegubie cieniutką czerwoną bransoletkę z malutkimi dzwoneczkami. Zupełnie za darmo!
Henna
Sporym utrudnieniem w zakupach okazuje się powszechna tu nieznajomość angielskiego. Kiedy podchodzimy do straganu i widzimy coś co nam się podoba, nie ma problemu, ale kiedy szukamy czegoś konkretnego, ciężko się dogadać. O ile w Orchy sprzedający i przewodnicy nie są zbyt uciążliwi o tyle dzieci naganiające nas do zrobienia zakupów w rodzinnym sklepiku lub namawiające nas do tego, żebyśmy wzięli ich na przewodników (co przy szczątkowym angielskim mogłoby być całkiem ciekaweJ) dość poważnie  utrudniają nam zwiedzanie. Naprawdę zdają się nie słyszeć słowa „no”, a każde „maybe” brzmi dla nich jak „yes”. Uciekając przed kilkorgiem wyjątkowo nachalnych maluchów i małpami łapiącymi nas za nogi, zostajemy zaczepieni przez grupę kilkunastu mężczyzn. Wszyscy, poza jednym, ubranym w turystyczne ubrania znanych europejskich firm, mają na sobie tradycyjne stroje. Właśnie ten jeden wyróżniający się z grupy mężczyzna zaczepia nas i zaczyna zadawać bardzo szczegółowe pytania: skąd jesteśmy, skąd i dokąd jedziemy, gdzie jest Polska, czy jest duża, od kiedy jesteśmy małżeństwem, jakie mamy zawody… Nawet jak na Indie jego zainteresowanie naszymi osobami jest co najmniej dziwne. Pytam się go czy jest tutaj przewodnikiem i czemu przeprowadza z nami taki szczegółowy wywiad. Dociekliwy jegomość okazuje się być… senatorem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz