piątek, 10 września 2010

Fatephur Sikri 555

Fatephur to jedno wielkie śmietnisko połączone z całą masą małych kramików rozstawionych wzdłuż drogi. Niewiarygodny ścisk i gwar. Nad całością góruje drugi największy w Indiach meczet, cel naszej wyprawy. Zastanawiamy się jak do niego dojść, bo jakichkolwiek oznaczeń próżno by szukać. Zaczepiamy parę Francuzów, wiadomo, w grupie raźniej. Zaczynamy wędrówkę jedną z wąziutkich uliczek pnących się do góry, mamy nadzieję, że na jej końcu znajduje się brama meczetu. Uliczka wije się między prawdziwymi slumsami, ludzie przyglądają nam się z zainteresowaniem, co utwierdza mnie w przekonaniu, że nie jest to główna trasa wiodąca do świątyni. Stąpamy ostrożnie, z jednej strony rynsztok, z drugiej płoną kupki śmieci, na środku pełno odchodów. Już chcemy zawracać, ale za każdym razem z chaty wynurza się jakiś człowiek i pokazuje, że to dobra trasa. Trudno, brniemy dalej. Jeden z tutejszych przyczepił się do nas i zadeklarował, że doprowadzi nas na miejsce. Wiemy, że będzie chciał za to pieniądze, próbujemy go spławić, oczywiście bezskutecznie. Nieciekawa okolica. Gdy zaczynam się poważnie obawiać, dokąd jesteśmy prowadzeni, naszym oczom ukazuje się meczet. Najwyraźniej doszliśmy do niego jakąś boczną ścieżką. Od razu podchodzi do nas dwóch mężczyzn, bezbłędnie odgadują naszą narodowość. Widać przekazywanie informacji odbywa się tu niewiarygodnie sprawnie. Próbujemy ich ignorować, ale oni starają się nas oddzielić od Francuzów. Nasz przyszły „przewodnik” przekonuje usilnie, że nie chce od nas pieniędzy, że jest tu pracownikiem i to jego obowiązek poinstruować nas, jak się zachować we wnętrzu meczetu. Popisuje się przed nami znajomością kilkunastu polskich słów. Jest naprawdę niezły. Pokazuje gdzie zostawić buty i ile powinniśmy zapłacić za ich pilnowanie (5 INR), skąd wziąć szale do zakrycia nóg, niby to wszystko oczywiste, ale takim właśnie formalnym podejściem zdobywa nasze zaufanie. Nie odstępuje nas ani na krok. Wchodzi z nami na teren meczetu i od niechcenia zaczyna nam opowiadać trochę o historii, trochę o religii, od czasu do czasu dorzuci jakąś ciekawostkę. Komentujemy między sobą, że zasłużył na napiwek i planujemy na koniec dać mu 100 rupii. On tymczasem opowiada nam historię
Już za chwilę damy się namówić na  świecznik "ręcznej roboty"
swojej rodziny pracującej przy wykuwaniu kamiennych detali architektonicznych, również w tej świątyni. „O tu, zobaczcie, można obejrzeć rzeczy wytworzone przez moich krewnych” pokazuje na dywanik zastawiony tradycyjnymi indyjskimi kamiennymi figurkami i świecznikami. „Chodźcie, usiądźcie, tylko zobaczcie”. No i kierowani regułą wzajemności, choć już wiemy co się święci, poddani subtelnemu szantażowi emocjonalnemu, dajemy się naciągnąć na ażurowy świecznik za 500 rupii, niby ręczna robota i cena jak zwykle specjalnie dla nas… Jestem zła na siebie, ale trudno, Indie ciągle uczą nas czegoś nowego. Jak tylko dokonaliśmy zakupu, nasz przewodnik stracił nami całe zainteresowanie, zapytał jeszcze, czy możemy dać mu banknot z naszego kraju, bo on jest kolekcjonerem. Zgodnie z prawdą mówimy, że nie mamy przy sobie żadnych polskich pieniędzy, nie dowierza i jakimś cudem, do dziś nie wiem co nami wtedy kierowało, nakłania nas do otworzenia portfeli i udowodnienia, że nie mamy przy sobie naszej waluty, dosłownie obmacuje nas w poszukiwaniu schowanych pieniędzy udowadniając, że świetnie wie, gdzie turyści najczęściej chowają kasę. Na szczęście jesteśmy na tyle zapobiegliwi, że w portfelu nosimy tylko niewielką ilość rupii. Nasz pomocny muzułmanin odchodzi niepocieszony, ale nie oddala się zbytnio. Zaczepia nas za to inny mężczyzna, który tłumaczy nam, że powinniśmy naszego przewodnika wynagrodzić sowitym napiwkiem, bo on żyje z oprowadzania turystów, sugeruje przy tym naprawdę wysokie kwoty, po kilkaset rupii. Dodam tylko, ze nasz „przewodnik” nie wyglądał na biednego, był to dobrze ubrany, zadbany, młody mężczyzna. Przy prawie każdym turyście zwiedzającym zabytek kręcili się jemu podobni naciągacze. Jest nam głupio i niezręcznie, dajemy więc 50 rupii. Czujemy się na własne życzenie oszukani, jesteśmy wstrząśnięci naszym brakiem asertywności, a już szalę goryczy dopełnia końcowe pytanie naszego „przewodnika”, "czy jesteście szczęśliwi?" pyta z rozbrajającym uśmiechem widząc nasze skwaszone miny, a my, skrępowani konwenansami zachodniego świata, przytakujemy… Wracamy do hotelu. Brudni, zniesmaczeni, zmęczeni. Mamy już dość tych wszystkich ludzi chcących nas oszukać, naciągnąć, którzy za darmo i bezinteresownie nie udzielą żadnej, nawet najprostszej informacji. W tym regionie najwyraźniej wszystko ma swą cenę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz