wtorek, 7 września 2010

Good Reflection

Good reflection?
7.11
Agra. Pobudka o 5 rano, żeby zdążyć na wschód słońca do Taj Mahal. Gdzieś przeczytaliśmy, że pierwsza osoba, która wejdzie do grobowca, ma szansę usłyszeć „dźwięk nieskończoności”, odgłos wirującego pod wysoką kopułą powietrza. Bardzo podekscytowani spieszymy się jak rzadko kiedy. Nic z tego. Nie wiem co my sobie wyobrażaliśmy. Że będziemy pierwsi? Pod jednym z cudów świata? Karnie ustawiamy się w kolejce liczącej pewnie ze 100 osób. Za nami szybko ustawiają się kolejni turyści. Taka indyjska wersja kolejki do kolejki na Kasprowy Wierch. Co jakiś czas widzimy, że któryś z turystów opuszcza szereg i odchodzi na bok, z którymś z hindusów. Okazuje się, że bilety dla obcokrajowców są prawie dziesięciokrotnie droższe niż dla obywateli Indii (750 INR zamiast 90 INR). Tubylcy kupują więc bilety i odsprzedają je przyjezdnym bez kolejki. I wszyscy są zadowoleni. Oni zarobili mnóstwo kasy, turyści zyskali na czasie. W cenie biletu dostaje się schłodzoną półlitrową wodę mineralną i ochraniacze na buty. I tu też dwukrotnie nas nacinają. Najpierw mówią, że zabrakło wody, żebyśmy przyszli, jak będziemy wracać (oczywiście zapominamy), a po wejściu, przy stanowiskach gdzie można zostawić buty, pilnujący ich stróże usilnie przekonują, że ochraniacze nie wystarczą. Zostawiamy więc buty i oczywiście 10 rupii. Jak będziemy je odbierać znów poproszą nas o kasę, ale tym razem będziemy nieugięci. Ale zanim wejdziemy na teren Taj Mahal, najpierw odczekujemy swoje w kolejce po bilet, a potem w drugiej, jeszcze dłuższej, do wejścia. Właściwie w dwóch kolejkach, męskiej i żeńskiej. Tu także możemy obserwować znaną z polskich realiów PRL funkcję stacza kolejkowego. Hindusi ustawiają się w kolejce, by potem za odpowiednią ilość rupii odstąpić swoje miejsce. Ale tu muszę oddać sprawiedliwość, że strażnicy tępią ten proceder, wyrzucając staczy z szeregu.
Kolejka do TM
Wygładzone stopami marmurowe posadzki
Przy wejściu bardzo dokładnie nas kontrolują. Kobiety wchodzą za specjalny parawan i tam strażniczki obszukują je wykrywaczami metalu. Wchodzimy. Od razu poddajemy się magii tego miejsca. Za bramą zostawiamy biedne, brudne Indie. Baśniowa sceneria. Pałac odbija się w wodzie (uczynni przewodnicy chętnie pokazują z jakiego miejsca robić zdjęcia, żeby budowla najładniej odbijała się w wodzie, co chwilę słyszymy „good reflection, sir”). Powietrze, co jest typowe w Indiach, nie jest przejrzyste, wszystko jest zasnute jakby lekką mgiełką. Wyłaniające się słońce wschodzi dzięki temu na blado-fioletowym tle, jak z impresjonistycznych obrazów Moneta. Chodzimy na boso po zimnych, białych, marmurowych posadzkach, wygładzonych przez stopy milionów odwiedzających to miejsce tak, że pięknie odbija się w nich blask wschodzącego słońca. Wewnątrz, w komnacie gdzie znajduje się grób ukochanej Taj, tłum ludzi. Tym razem nie usłyszymy dźwięku nieskończoności...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz