wtorek, 21 września 2010

Market Square Heroes

Pushkar jest miastem, które w latach 60tych stało się mekką dla wielu europejskich hippisów. Przyjeżdżali na kilka tygodni, zostali na zawsze. Kiedy wyruszamy w miasto widzimy na ulicach sporo odlotowo wyglądających dzieci kwiatów. Zarówno ich wiek, jak i stroje, ogorzałe twarze, a także to, że porozumiewają się w hindi dowodzi, że są reprezentantami tamtej grupy barwnych imigrantów i żyją w Puszkarze już od kilkudziesięciu lat. Zupełnie znaturalizowani. Ale między straganami kręci się też mnóstwo młodych ludzi, także fantastycznie wyglądających, w luźnych barwnych hinduskich strojach, z dredami, masą kolczyków, tatuażami, często na boso lub w skąpych, skórzanych sandałach, większość z nich to Francuzi. W prawie każdej knajpce w mieście dostaniemy lassi bhang, czyli jogurtowy napój, tym razem z dodatkiem marihuany.  Poza tym w mieście pełno salonów masażu tradycyjnego (400 rupii za godzinę), ajurwedyjskiego (600 rupii), zakładów fryzjerskich wyglądających jak z poprzedniej epoki oraz miejsc gdzie można przekłuć dowolną część ciała, reklamujących się sloganem „no pain- no gain”, sklepików z ubraniami, szytymi na zamówienie butami ze skóry, biżuterią, pięknymi notesami i albumami, ręcznie robionymi z czerpanego papieru, szalami z pashminy, koziej wełny, jeszcze delikatniejszej niż kaszmir. Jak zawsze należy uważać na oszustów. Spotykaliśmy turystów uskarżających się na „srebrne” bransoletki, które po kilku godzinach zaczynały brudzić ręce, a „wełniane” chusty okazywały się być zrobione z poliestru. Jeśli planujemy zakup regionalnych pamiątek dobrze jeszcze w domu poczytać trochę o tym jak poznać prawdziwy jedwab i kaszmir, poszukać adresów sprawdzonych sklepów z biżuterią. Warto trochę więcej zapłacić, a być pewnym jakości. To samo zresztą tyczy się zwykłych ubrań. W Indiach czasem taniej wychodzi zakup nowych spodni czy t-shirtów, niż opłata za hotelową pralnię. Nie spodziewajmy się jednak, że koszulka czy spodnie, które kupimy za kilka złotych, przetrwają dłużej, niż do końca wyjazdu. Poza tym szczególnie w Puszkarze należy mieć się na baczności gdy kupujemy ubrania, zatrzymywać się tylko przy sklepach, które oferują wybór kolorów i rozmiarów, a nie pojedyncze egzemplarze danego towaru. W Indiach istnieje tradycja polegająca na tym, ze nie używa się rzeczy po zmarłych osobach, tylko przekazuje się je na cele charytatywne. Ponieważ Pushkar jest jednym ze świętych miast, tego typu dary są przesyłane do tutejszych świątyń w olbrzymiej ilości. Te, które są w lepszym stanie, są prane i wystawiane na sprzedaż jako nowe. Mając to wszystko na uwadze, kupujemy 3 pary spodni, dwie bluzy i koszulkę. Razem około 40 zł. I drewniany grzebień od ulicznego wytwórcy za 50 rupii.  
Do ciekawszych profesji, które obserwujemy przemierzając ulice, zmierzając w kierunku jeziora, są prasowacze. Za pomocą wielkich, żeliwnych żelazek prasują sterty koszul. Ponieważ jest bardzo gorąco, nie możemy się oprzeć, żeby co jakiś czas nie kupić sobie świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, granatów, ananasów (20 rupii). Sprzedawca z wielkiego wózka wybiera dojrzałe owoce, sprawnie kroi je na kawałki i wrzuca do maszynki podobnej do tych, którymi w Polsce mieli się mięso. Odcedza sok od miąższu i albo mamy szczęście dostając napój w plastikowym jednorazowym kubeczku, albo nasz napój zostanie nam podany w kuflu pospiesznie wypłukanym w wiaderku z wodą…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz