![]() |
| Unikalna panorama, święte jezioro bez wody, dookoła świątynie |
![]() |
| Holy passport |
Odurzeni ilością towarów, mnogością otaczających nas barw, zapachem palonych kadzideł, docieramy nad święte jezioro, w tym roku wyjątkowo pozbawione wody. Jak okiem sięgnąć wszędzie stoją puszki na datki. Od razu podchodzi do nas człowiek wciskający nam kwiatki w dłoń. Jesteśmy przygotowani na to, że przyjmując je, zaczynamy brać udział w rytuale będącym niewiarygodnym przykładem na komercjalizację religii w Pushkarze. Godzimy się na to tylko dlatego, ze pod koniec ceremonii bramin zawiąże nam na nadgarstkach czerwony sznurek, tzw. święty paszport. Dzięki niemu będziemy mogli swobodnie zwiedzać wszystkie świątynie położone nad jeziorem, nie będąc ponownie nagabywani. Chłopak, który dał nam kwiaty, prowadzi nas teraz do kapłana. Przed wejściem na schody prowadzące do rzeki musimy ściągnąć buty. Ubrany na biało bramin, sadza nas na barwnym dywaniku, podaje nam niewielkie srebrne tace, na których leżą kwiatki nagietka, ziarnka ryżu, płatki, czerwony barwnik… Zaczyna wymieniać kilkadziesiąt nazw bóstw, które posłusznie za nim powtarzamy. Co jakiś czas pomiędzy ten korowód imion wtrąca intencje modlitwy. W międzyczasie, nie przerywając modłów, z godną pozazdroszczenia podzielnością uwagi, wysyła smsy… Więc modlimy się o dobre zdrowie, dobre myśli i dobry biznes. Odkładamy talerzyki, bierzemy w ręce kokosy. Teraz kapłan pyta nas o imiona naszych rodziców, rodzeństwa, pyta czy żyją nasi dziadkowie, czy mamy dzieci. Znów wyliczamy imiona bóstw, teraz modlimy się za naszych bliskich. I zbliżamy się do wielkiego finału. Kiedy już wiemy, ze modlimy się o pieniądze, o zdrowie naszych krewnych i spokój naszych zmarłych, kapłan wypowiada kluczowe zdanie, które można w przybliżeniu przetłumaczyć jako „będę szczęśliwa mogąc w tej intencji przekazać ofiarę w wysokości…”. W tym miejscu rozpoczyna się subtelna psychologiczna rozgrywka między nami, chcącymi zapłacić jak najmniej i braminem, pragnącym wyciągnąć od nas jak najwięcej. Ostatecznie godzimy się zapłacić 200 rupii. Nasz „duchowy przewodnik” jeszcze próbuje wmówić nam, ze chodziło o 200 rupii od osoby, nie od pary, że ludzie dają mu po 1000 dolarów, że to dla biednych, ale jesteśmy nieugięci. Teraz schodzimy do niewielkiego basenu, który w tym roku najwyraźniej pełni funkcje świętego jeziora, a później udajemy się do czegoś w rodzaju kasy, gdzie siedzi trzech mężczyzn, jeden przyjmuje od nas pieniądze, drugi wypełnia coś na kształt druczku KP, potwierdzającego naszą „radosną darowiznę”, trzeci zaś sugeruje, że dobrze byłoby dać jeszcze napiwek braminowi… Czas poszukać kantoru…
![]() |
| Tomi nie mógł sobie odmówić przyjemności fotki z naszym "duchowym przewodnikiem". W lewym, dolnym rogu skromna puszka na datki...:) |



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz