Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaipur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaipur. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 września 2010

Dobre rady

Później tego samego dnia mieliśmy jeszcze jedno interesujące spotkanie, które podobnie się rozpoczęło. Mianowicie zmęczeni ciągłym nagabywaniem nas przez sprzedawców, dość niegrzecznym tonem odpowiedzieliśmy jednemu męzczyźnie na pytanie skąd jesteśmy. Gdy nasz rozmówca usłyszał, że przyjechaliśmy z Polski, wyraził zdziwienie mówiąc, że to chyba niemożliwe, bo Polacy są zawsze mili…Poczuliśmy się zobowiązani wytłumaczyć przyczynę naszego grubiaństwa. I tak odbyliśmy bardzo pouczającą pogawędkę, podczas której dowiedzieliśmy się kilku istotnych rzeczy. Na przykład, uprzedzono nas, żebyśmy w Puszkarze, czyli mieście do którego mieliśmy dotrzeć wkrótce, nie kupowali żadnych ubrań. W Indiach panuje taki zwyczaj, że wszystkie ubrania po zmarłym przekazuje się na cele charytatywne, odsyłając je do którejś ze świątyń. Ponieważ Pushkar jest jednym ze świętych miast hinduizmu, tego typu dary płyną tam szerokim strumieniem. Odzież po zmarłych jest prana i sprzedawana jako nowa, za podejrzanie niska cenę. Kolejna cenna wskazówka dotyczyła ceremonii, którą każdy musi przejść pod okiem bramina, gdy przybywa nad święte jezioro w Puszkarze. Nasz znajomy przestrzegł nas, żebyśmy nie dali się wciągnąć w emocjonalną rozgrywkę z kapłanem, który będzie od nas żądał coraz więcej pieniędzy, mówiąc że to za naszych bliskich w niebie, za zdrowie rodziców itd. Żegnamy się. Wracamy do hotelu, gdzie za niewielką opłatą mogliśmy zostawić sobie pokój kilka godzin dłużej. Zabieramy bagaże, riksza, pociąg i znów w drodze.

poniedziałek, 13 września 2010

Jaipur

8.11
W Pałacu Wiatru byliśmy główną atrakcją turystyczną;)
Rankiem bierzemy rikszę do centrum. Planujemy pospacerować po uliczkach tworzących handlową dzielnicę Jaipuru. Otaczają one City Palace. Można tu kupić wszystko. Ale nas bardziej interesuje, żeby znaleźć jakąś knajpkę. Zaczepia nas jak zwykle mnóstwo dzieci, sprzedawców, rikszarzy… Nauczyliśmy się już ich ignorować, idziemy rozmawiając ze sobą, traktując otaczającą nas grupę ludzi jak powietrze od czasu do czasu odpowiadając komuś „nie, dziękuję, niczego mi nie trzeba”. Niezbyt to grzeczne, ale inaczej się nie da, chyba że ma się mnóstwo wolnego czasu. Zwracam uwagę na jednego młodego mężczyznę, który od dłuższego czasu próbuje się z nami przywitać, pytając, czy może nam zadać tylko jedno pytanie. Zrezygnowani przystajemy i wymieniamy uściski dłoni. Tradycyjnie w tym momencie słyszeliśmy zawsze zaproszenie do wejścia do sklepu i przyjrzenia się towarom. Nie tym razem. Nasz nowy znajomy pyta nas, czemu turyści są tacy nieuprzejmi, czemu go ignorują, skąd się to bierze? Zgodnie z prawdą odpowiadamy, że w Indiach jeśli ktoś nas zaczepia, to chce coś nam sprzedać, albo prosi o pieniądze. Że nie możemy spokojnie wyjść z hotelu, żeby zaraz nie otoczyli nas żebracy, handlarze, naciągacze. Że jesteśmy już tym bardzo zmęczeni i stąd nasze nieeleganckie zachowanie. Chłopak proponuje nam, żebyśmy stanęli w bardziej zacisznym miejscu i porozmawiali przez chwilę, bo on jest bardzo ciekaw naszego kraju i w ogóle bardzo lubi rozmawiać z przyjezdnymi, którzy opowiadają mu, jak się żyje poza Indiami. Myślimy sobie, no to teraz na pewno zaprowadzi nas do swojego sklepu. Tak się jednak nie dzieje. Chwilę sobie rozmawiamy, tłumaczymy, że nie mamy zbyt wiele czasu, gdyż jeszcze dziś musimy opuścić Jaipur. Nasz rozmówca okazuje się być artystą tworzącym ścienne malowidła w świątyniach. Pyta nas o nasz kolejny cel podróży. Jest całkiem sympatycznie, do czasu kiedy nagle pojawia się koło nas drugi facet i obaj zaczynają spierać się o coś, o coś związanego z nami. Nagle ten drugi pyta nas, już wyraźnie zirytowany, czy jesteśmy przyjaciółmi tego pierwszego. Zaprzeczamy. Teraz z kolei malarz pyta nas, czy znamy tego drugiego człowieka. Również przeczymy. Stoimy skonsternowani nie wiedząc co robić. Zaczyna to wyglądać dość groźnie, w Indiach ludzie rzadko się sprzeczają, rzadko okazują emocje. Nasz znajomy prosi nas żebyśmy sobie szybko poszli. Odwracamy się na pięcie i  znikamy w potoku ludzi. Nie dowiemy się co było przyczyną tej kłótni, czy kolejny raz ktoś nas chciał oszukać, czy może tym razem ktoś nas przed oszustem ochronił.

niedziela, 12 września 2010

To był bardzo długi dzień...

Wsiadamy do busa „de lux” o 17:00. Strasznie brudny, ale ma miejsca sypialne, a i zwykłe fotele są duże, wygodne i rozkładane. Dość komfortowo. Podróż trwa 5 godzin, pokonujemy 230km. Oczywiście bilet musieliśmy kupić u pośrednika, bo nikt nam nie chciał powiedzieć skąd odjeżdżają autokary. Każdy chce zarobić kilkadziesiąt rupii prowizji. Najwięcej życzą sobie hotelarze. Rozsądne ceny mają w punktach wymiany walut, które jednocześnie pośredniczą przy zakupie wycieczek, biletów samolotowych, biletów kolejowych. Czasem warto popytać najpierw w kilku miejscach, bo nawet w dwóch kantorach, leżących obok siebie, ceny zarówno walut, jak i wszelkich innych dóbr i usług mogą się znacząco różnić. Po tym ciężkim dniu okazuje się, że najgorsze dopiero przed nami. Wysiadamy o 22:00 w Jaipurze. Różowe Miasto wita nas masą naganiaczy. Jeden z nich, podszywając się pod naszego kierowcę, któremu wcześniej zbyt dokładnie się nie przyglądaliśmy, każe nam wysiąść, tłumacząc, że dojechaliśmy na miejsce. Okazuje się, że to wyjątkowo cwany i napastliwy rikszarz, w dodatku wielki i zwalisty. I agresywny. Zupełnie nie jak hindus. Koniecznie chce, żebyśmy z nim pojechali, nie pozwala nam przejść, robi się naprawdę nieprzyjemnie. Niewiele myśląc ładujemy się na siedzenie pierwszej z brzegu rikszy rowerowej. My i bagaże. I maleńki, żylasty człowieczek, pedałujący z nami ostatkiem sił. Czuję się okropnie. W dodatku za kurs na dworzec chce tylko 20 rupii. Na dworcu powinna działać całodobowa informacja turystyczna. Ten agresywny rikszarz mówił, że jest zamknięta, ale oczywiście mu nie wierzymy. Jeszcze kilka słów o rikszarzach. Zniszczone stroje, chude, żylaste ciała, szal na twarzy, izolujący od wszechobecnego smogu. Często analfabeci, porozumiewają się tylko w lokalnym języku. Niejednokrotnie riksza jest dla nich jednocześnie narzędziem pracy i domem. Docieramy na dworzec. Okazuje się, że informacja była czynna tylko do 22:00. Tak to już jest w Indiach, jak zostałeś tyle razy oszukany i naciągnięty, to gdy ten jeden jedyny raz ktoś mówi prawdę, ty mu nie wierzysz…  Opuszczamy budynek dworca i rozpoczynamy niezbyt przyjemna wędrówkę po mieście w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na nocleg. W końcu decydujemy się zostać w najtańszym z pokoi, które nam pokazywano. 400 rupii za najbardziej odrażające lokum w jakim przyszło nam spać w Indiach. Kolejny raz przekonujemy się, że szukanie noclegu w środku nocy jest złym pomysłem, hotelarze licząc na to, że jesteśmy śpiący i zmęczeni, nie mają litości jeśli chodzi o ceny. Strasznie tu brudno. Na podłodze w łazience całe pęki włosów, standardowo brak ciepłej wody, spłuczka w toalecie napełniająca się kilka godzin, koszmarnie brudne ściany i prześcieradła. Proszę o czystą pościel, dostaję taką odrobinę czystszą, pewnie ściągniętą właśnie z łóżka w pokoju obok.
Gdyby nasz pokój miał okno to taki byłby z niego widok.
Bardzo głodni i bardzo zmęczeni pochłaniamy ostatnie zapasy w postaci zupek chińskich.To był bardzo długi dzień. Najpierw wczesna pobudka i Taj Mahal, potem niezbyt przyjemna wyprawa do Fatehpur Sikri, podróż autokarem i bezowocne szukanie noclegu. Mówiąc szczerze dziś mamy dość Indii. Kryzys.

Szafa w naszym uroczym pokoju