Lotnisko przewielkie, nie wiadomo za bardzo gdzie iść… Wszędzie american flags I pełno ortodoksyjnych Żydow… Ale kolega Marek z Polski był już tu na mieście więc wiedział mniej więcej gdzie się udać… Panie ustawiły nas ładnie w kolejkach do brameczek paszportowo-wizowych… Pan ściągnął mi odciski palców i zrobił fotkę kamerką internetową, poczym zapytał
- Pierwszy raz?
to ja na to
- Tak
- Naprawdę?
- No naprawdę
- To baw się dobrze, bo to najfajniejsze miejsce na Ziemi!
… Powiało zatem patriotyzmem. I przeszedłem na drugą stronę mocy… Wyszliśmy z lotniska I stanęliśmy w mega wielkiej kolejce do mega wielkiej ilości Taxi (tych NYC, żółtych). Oczywiście podchodzi do nas Indusik i słyszę jedno z moich ukochanych zdań : “Taxi, Sir?” I już wiem że będzie czad J. Pytam się “ile do Parsippany?” "ok 220 USD" "to mu mówię, że w informacji napisali, że powinniśmy zapłacić góra 120 $ "nie ma mowy, możemy pojechac za 180" "no to sorry ale my zostajemy…" Podszedl potem drugi (też Indusik): “You need Taxi, Sir?”… 170 $ J. No to jedziemy… Pierwszy przejazd przez Nowy Jork robi wrażenie… ale tylko Manhattan I zaj*** korki… Na Manhattanie staliśmy w korku chyba ze 40 minut… ale za to widzieliśmy 5th ave, Empire State Building i serce miasta, co bylo ciekawym doświadczeniem… Nasz taxi driver opowiedzial nam, że w USA teraz jest ciężko. Zdecydowanie nie widać tego na 5th ave… Dojechalismy po 1,5-2h jazdy do naszego hotelu (którego oczywiście nasz super taxiarz nie mógł znaleźć więc obracaliśmy na autostradzie 2 razy i zapłaciliśmy koniec końców 250$). Zmęczeni i wyczerpani (ok 8.20). Kolacja serwowana do 8.30, także od razu zrobiliśmy na nią wjazd… Na szczęście nie bylo dużo ludzi, bo jeszcze nie dojechali… Więc od razu w kime ok 9… Przedtem jeszcze pierwszy kontakt z WC w stylu USA. Wchodzę do kibelka I widzę że jest zapchany, podobnie jak kibel na lotnisku… Myślę sobie WTF? Woda czysta, ale stoi prawie pod samą pupkę… Spuszczam wodę I działa, ale napełnia się znów pod samą pupkę… Pierwszy poważny Culture Shock… Potem prysznic… szit fak… jedno pokrętlo I jakaś wajcha… kręci się w odwrotną stronę niż u nas… odkręcam I leci zimna… caly czas… czekam az spłynie… a tu nic… odręcam prawie na maxa I dopiero zaczyna lecieć ciepła… nie możesz zatem odkręcić lekko cieplej, tylko od razu jest maxymalny strumień… nieekologicznie na maxa…
Jetlag… pobudka ok 4 rano (sam z siebie) I spać dalej nie mogłem… wstalem o 6… prysznic… I o 7 na śniadanie idziemy do biura (5 minut od hotelu piechotką)… Na śniadanie rogal z serkiem topionym, jajko, jakies owoce, babeczki, jogurcik… Kawka = lura nie do zmęczenia… Ewentualnie herbatka, ale sami mówią, że piją raczej Ice tea niż normalną (przynajmniej tu w NY area). Na szkoleniu mam ekipę 6 osobową przy stoliku: Suk Been z Korei (35 l.) / Geo z Bahamow (30 l.) / Hiroshi z Japonii (30 l.) / Paulina z Mexico (27 l.) / Sanja z Chorwacji (29 l.) I ja (Poland / 27) J. Fajna ekipa, chlopaki grają w golfa I gadają o swoich patykach, a laseczki o nartach I siłowniach J…
Ale najważniejsze było dla mnie szkolenie o kulturze USA, to była super sprawa żeby zrozumieć jak oni myślą! Podsumowując: wrócimy innymi ludzmi i musimy być przygotowani na wielki zjazd nastroju po powrocie (po wielkim wzroście), jednym slowem zafundowaliśmy sobie wielką huśtawkę emocjonalną J.
No I dowiedzieliśmy się, że najbardziej przerąbane mają Japończycy, bo prawie w każdej dziedzinie kulturowej są po drugiej stronie statystyk. Od razu posypały się przykłady, bo kolega z Japonii powiedział, że jak przyszedł do roboty i zobaczył, że tu się je przy biurku, to pomyślał, że ludzie się lenią… Ale najwiekszy hardcore to przywitanie Japończyka ze Stanowym: pierwszy podaje miękką rybę i patrzy w podłogę, czyli pokazuje że jest łagodny i szanuje, a drugi ściska łapę i patrzy się w oczy, czyli pokazuje, że jest gotowy do poważnej współpracy i bezpośredniego kontaktu, tylko że po dwóch stronach globu te rzeczy znaczą zupełnie co innego… Dlatego przyszłe 3-6 miesięcy są takie trudne dla imigrantow…