Dość długo jedziemy. Nudno. Nic ciekawego, a mięśnie zmęczone po wczorajszym dniu dostają przykurczów. Bolą też uda otarte o siodło. Jest gorzej niż wczoraj. Po jakimś czasie mój wielbłąd zostaje odłączony od reszty karawany i mogę go samo prowadzić. Fajno:). Tylko ze mój „rumak” jest wyjątkowo niepokorny i łakomy. Co chwila zbacza z obranej trasy i skubie rosnące tu i ówdzie badyle. W końcu Camel boy zawiązuje mu pysk sznurkiem. Śmieszne te wielbłądy, na zmianę sikają, srają, puszczają bąki i cofa im się jedzenie z żołądka do pyska. Trochę mnie to krępuje, że tak sobie jedziemy, a mój wierzchowiec sadzi co chwila donośne pierdy... Śmierdzi okropnie, jak z kanalizacji. Ale mają tak rozbrajające miny i mięciutkie, grube poduchy z futra na tułowiu, że nie sposób się w nich nie zakochać. Jeszcze tylko lunch, oczywiście curry i placki. Podjeżdża jeep, zabierają nas do hotelu. Negatywne emocje powoli w nas opadają, tak sobie myślimy, że 120zł za 2 dni za dwie osoby na pustyni to nie jest tak bardzo dużo, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę tę bezcenną noc. Ciekawa jaka część z tego trafia to tego mężczyzny i dzieciaka, a ile zgarniają pośrednicy. Bo prawdę mówiąc, to widać było, że się chłopaki starali jak mogli, ale jak to w Indiach, miało być super, a było jak zwykl:). Chociaż z perspektywy czasu zawsze było super, mimo iż rzadko kiedy było tak, jak być powinno:).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz