czwartek, 4 listopada 2010

Camel safari

16.11
Następnego ranka po nas i po jednego Anglika, o imieniu Sam, przyjeżdża Jeep. Miało nas być znacznie więcej, między innymi turystki z Polski, ale chyba po raz kolejny była to tylko taka gadka mająca nas skłonić do zakupu. Mniej więcej godzinę jedziemy pustynną drogą, wysiadamy na pylistym poboczu i czekamy na nasza super załogę. Z oddalonego, samotnego domu, idą ku nam mężczyzna po pięćdziesiątce i 10-12 letni chłopiec. Prowadzą ze sobą objuczone tobołkami trzy wielbłądy. Mamy złe przeczucia, nie wygląda to tak, jak powinno, ale już tak długo jesteśmy w Indiach, że nawet jakby wyglądało, tak jak byśmy chcieli to i tak byśmy byli podejrzliwi. Wsadzają nas na grzbiety zwierząt i tak zaczyna się nasza wędrówka donikąd i po nic. Jest dość wcześnie, słońce jeszcze tak mocno nie praży, ale szybko zaczynam być zmęczona monotonią krajobrazu, żółwim tempem w jakim się przemieszczamy, tym że nie ma jak ze sobą pogadać, bo wielbłądy jadą jeden za drugim w sporych odstępach.

Nudzi mi się. Nienaturalna pozycja sprawia, że zaczynają brać mnie lekkie skurcze w biodrach, pobolewają obcierane uda, chce się pić. Jesteśmy na samym początku, a ja już wiem, że ta impreza nie była dla mnie. W pewnym momencie zatrzymujemy się przy jakiejś pustynnej osadzie, nasi przewodnicy udają się do studni po wodę (tak, tę samą, która miała być mineralna).

Mniej więcej po dwóch godzinach zatrzymujemy się na dłuższy postój połączony z lunchem. Dochodzi południe. Nasi przewodnicy ściągają derki ze zwierząt, jakieś tam kocyki i kołderki i rozkładają nam pod drzewem. Cisza. Kładę się zadowolona wielce, ze mogę wreszcie złączyć nogiJ Przyjemnie ciepło, przysypiam.

Starszy mężczyzna, wcielający się teraz w rolę naszego świetnego kucharza, przygotowuje nam pustynną ucztę. Banany, chapati, czyli pszenne placki, za pomocą których nabiera się z talerza jedzenie, warzywny gulasz z curry, kalafiorów, ziemniaków i chyba jakiejś marchewki. To wszystko ugotowane i usmażone na ognisku, na blasze. Pycha. Jeszcze tylko dla nas czarna herbatka, dla reszty tradycyjna masala czaj, czyli herbata z mlekiem, cukrem i przyprawami, nam niesmakująca.

Po obiedzie my odpoczywamy, a chłopiec zmywa blaszane naczynia za pomocą odrobinki wody i piachu. Nie mogę się napatrzyć, jak mu to szybko i zgrabnie idzie. Następnie siodła wielbłądy i ruszamy dalej. Nie jest mi z tym komfortowo, w takiej typowo turystycznej roli, że zapłaciłam i ktoś teraz wszystko dookoła mnie robi. Jeździmy tak sobie do wieczora, w pewnym momencie „Camel man” pożycza od innej karawany czwartego garbuska dla siebie i chłopca i przemieszczamy się ciut szybciej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz