poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Diwali

Budzimy się koło południa. Szybki, bo zimny, prysznic, jak zwykle ratujące życie zupki Knorra,  i idziemy nad Ganges. Przygotowania do Diwali. Wszędzie, na każdym stopniu ghatów, dorośli i dzieci, całe rodziny, ustawiają proste lampki oliwne, tysiące lampek. Układają je w rzędach, tworzą z nich swastyki, znaki om, postaci Ganesha. Na każdym kroku zaczepiają nas mężczyźni oferujący wynajęcie łodzi na noc, by z oddalenia mieć lepszy widok na spektakl świateł. My wolimy podczas Diwali być na brzegu, razem z hindusami, ale chcielibyśmy popłynąć następnego dnia rano, zobaczyć jak nad rzeką wstaje słońce. Pierwsza cena 1000rp. W przewodnikach piszą, że cena jest od lat niezmienna i wynosi dziesięć razy mniej…W końcu umawiamy się na 5 rano, na następny 
dzień, z młodziutkim chłopcem, który weźmie od nas 150rp. Dziwi nas, że mimo tłoku panującego nad Gangesem-wszak na święto przybyło do miasta pełno pielgrzymów, nikt nas nie popycha, nie potrąca, nie depcze. Do panującego hałasu przyzwyczajamy się dość szybko, do dźwięków muzyki, klaksonów, przede wszystkim do klaksonów. Jest sporo turystów, ale i tak wzbudzamy zainteresowanie. Mężczyźni przyglądają się nam w zupełnie otwarty sposób, ukradkiem robią nam zdjęcia, ale nie są natarczywi, nie zagadują. Najgorsze są dzieci, sprzedają lampki oliwne (5rp), chcą by robić im zdjęcia, proponują malowanie dłoni, oprowadzanie. Starsze namawiają na przejażdżkę łodzią. Próbujemy miejscowych specjałów. Zagłębiamy się w wąziutkie uliczki starego miasta w poszukiwaniu garkuchni. W wielkich rondlach na głębokim oleju skwierczą apetycznie wyglądające pączuszki. Obok maleńka cukiernia kusi maleńkimi ciasteczkami. Kupujemy po jednym z każdego rodzaju i…rozczarowanie. Podobne do pączków jedzenie okazuje się być pikantne i smakować rybą. Część słodkości też ma ten dziwny posmak, poza tym wyczuwam jakieś różane aromaty. Nasze europejskie podniebienie buntuje się przed nowymi smakami, wściekle głodni oddajemy nasz niedoszły obiad ulicznym psom i wszystkożernym kozom, tak chudym, że można by się na nich uczyć anatomii. W wąskich zaułkach Old City co rusz mijamy wygłodzone zwierzęta. Cały ten galimatias, barwny chaos, dźwięki rozpoczynającego się Diwali, to wszystko tworzy niewiarygodnie harmonijną całość. Wędrując bez celu nadbrzeżem zaszliśmy do miejsca, gdzie najwyraźniej toczyła się główna część imprezy, bo nagle ścisk wokół nas stał się tak niesamowity, ze nawet nie byłam w stanie się odwrócić, by sprawdzić, czy tłum nas nie rozdzielił. Znów zagłębiamy się w maleńkie uliczki starego miasta. Sprzedawcy próbują namówić nas do zakupu jednego z przepięknych sari (Varanasi słynie z produkcji jedwabnych, ręcznie haftowanych tkanin), ale naszą uwagę przyciąga sklep muzyczny z dużym wyborem sitarów (od 100euro). Należy dodać, ze słowo sklep jest w kontekście Indii używane tylko dlatego, ze trudno znaleźć mi jakieś inne bardziej trafne określenie na tę formę handlu, nie jest to jednak sklep w rozumieniu europejskim. Najczęściej pomieszczenie bez jednej ściany (na noc w tym miejscu zaciągana jest krata), na ścianach i pod nimi, często na jakichś prowizorycznych szafkach wyłożone są towary, wchodząc należy zdjąć buty. Klucząc w tym prawdziwym labiryncie, korzystając z tego, że życie toczy się tu nieomal na ulicy, podglądamy ukradkiem jak wyglądają wnętrza izb mieszkalnych. Jedno pomieszczenie, pod ścianami sienniki lub leżaki, brak okien, otwór bez drzwi, kuchenka stojąca na podłodze, dzieci bawiące się na klepisku, dużo dzieci…Ktoś chce nam sprzedać chiński haszysz, ktoś inny oferuje kolumbijska kokę. Inny proponuje wprowadzić na teren ceremonii pogrzebowej, podprowadzić pod same płonące stosy, oczywiście w zamian za drobny datek na jakieś stowarzyszenie charytatywne. Jest to znany sposób naciągania turystów. Należy wystrzegać się takich osób i nie dawać wiary ich zapewnieniom, że podglądanie z bliska takiej ceremonii nikomu nie przeszkadza. Jest to takie samo naruszenie prywatności, jak w każdym innym miejscu na ziemi. Ceremonie można oglądać z odpowiedniego oddalenia, nie należy robić przy tym zdjęć, tak samo zresztą, jak nie należy w otwarty sposób fotografować z bliska osób zażywających rytualnych kąpieli w rzece.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz